Saturday, 17 February 2018

Studia

Kiedy cztery lata temu publikowałam pierwsze wpisy, chciałam stworzyć swego rodzaju kolekcję wspomnień, dokumentację pewnych wydarzeń i muszę przyznać że nawet mi się to udało. Jeśli by przyjąć że taki jest cel tego bloga, również następujący wpis nie powinien zbytnio odbiegać od pozostałych. A jednak, jeszcze cztery lata temu nie przeszło mi przez myśl istnienie takiego dnia jak dzisiaj. 

Koniec studiów.

Przez ostatnie pięć lat, chociaż w różnym stopniu, ale większość spraw była powiązana z uczelnią, moim statusem studenta, nauką, zbieraniem wpisów w indeksie, spędzaniu określonych godzin w ławce i tak dalej.

Dziś, kiedy mam już ten etap za sobą, a mój podpis wydłużył się o litery "mgr", nadszedł czas podsumowań, bilansu ostatnich pięciu lat oraz refleksji nad tym czego nauczyłam, co zyskałam i jakim stałam się człowiekiem, wybierając taką a nie inną drogę.

Zapraszam.

Nowe lokum

W moim przypadku studiowanie było równoznaczne z wyprowadzką z rodzinnego miasta, a co za tym idzie - pierwszą lekcją dorosłości, którą powinien odbyć każdy jedynak rozpuszczony tak jak ja. Może z byciem rozpuszczonym przesadzam, ale zaradność to na pewno jedna z rzeczy jakim niejednokrotnie brakuje młodym ludziom mieszkającym z rodzicami. Właściwie nigdy nie brałam pod uwagę akademika, chyba głównie ze względu na niekończące się imprezy, hałas i przypadkowych ludzi, z którymi przyjdzie mi dzielić pokój. Przez pierwsze półtora roku wynajmowałam mieszkanie z dwiema współlokatorkami. Dzięki temu dowiedziałam się wielu rzeczy nie tylko o innych ludziach, ale i o sobie. O tym, które z moich cech są męczące dla innych, a jakie sobie cenią. Jakie są granice mojej wytrzymałości na różne sytuacje, kiedy powinnam powiedzieć nie, a kiedy przyznać się do winy. Mieszkanie z innymi to duża lekcja pokory, ale też doskonała sytuacja, by we własnej głowie posegregować rzeczy na istotne i opcjonalne i trzymać się tylko tych, które są naprawdę ważne. Dzielenie z kimś mieszkania to sztuka kompromisu, samodyscypliny i wzajemnego szacunku. Bez tego nawet najlepszy grafik wynoszenia śmieci nic nie zdziała ;) Oprócz tych wszystkich mądrych słów wymienionych powyżej, wspólne mieszkanie to czas frajdy, szalonych pomysłów, wygłupów, wspólnego spędzania czasu, poznawania miasta i tak dalej. Dobrze wspominam ten czas, kiedy mogłam o każdej porze zapukać do pokoju obok i przesiedzieć tam kolejną godzinę rozmawiając o wszystkim i o niczym, w międzyczasie snuć plany o podboju ludzkości,  jak i bardziej przyziemne wizje czwartkowego obiadu. Ciągłe przebywanie z ludźmi i dzielenie z nimi półki w kuchni czy w łazience bywa czasem irytujące, ale w gruncie rzeczy uczy otwartości i zmusza do ogarnięcia się. Często trzeba schować swoją dumę do kieszeni i wyciągnąć rękę do człowieka za ścianą, bo na dobre i na złe dzielicie jedno mieszkanie.
Kolejne pół roku spędziłam w Norwegii, o którym już tu wcześniej pisałam. Po powrocie zamieszkałam sama, co w sumie było bardzo wygodne i okazało się, że i do odosobnienia można przywyknąć. W każdym razie wyprowadzka z domowych pieleszy powoduje nieodwracalne zmiany. I całe szczęście!

Współstudiujący

Podczas gdy moje współlokatorki spędzały całe dnie na akademii i w ciągu pierwszego miesiąca już były zaprzyjaźnione z większością ludzi z grupy, ja właśnie zaczynałam pierwsze zajęcia. Co prawda nie wiedziałam czego się spodziewać, ale przypuszczałam, że poznam sporo fajnych ludzi, pewnie stworzymy jakąś paczkę, z którą będziemy się wzajemnie reanimować na suto zakrapianych studenckich imprezach. Nic bardziej mylnego. Po pierwszych dniach zajęć zauważyłam pewną prawidłowość - ludzie przychodzą, spędzają w salach lekcyjnych obowiązkową liczbę godzin, po czym wychodzą. To wszystko. Relacji pozalekcyjnych praktycznie nie było, tak jakby te dziesiątki młodych ludzi były zaprogramowane na przychodzenie na zajęcia, ale nic poza tym. Byłam zdziwiona, bo inni podobnie jak ja nie znali tutaj nikogo, ale sprawiali wrażenie jakby nie zależało im na budowaniu żadnych relacji i znajomości. Zrobić swoje i pójść do domu. Z czasem powstawały jakieś grupki, ale jako rok zgrani nie byliśmy chyba nigdy. Pod koniec pierwszego roku udało nam się wyjść na piwo w parę osób po skończonej sesji. Następne takie wyjście miało miejsce na 4. roku. Jakoś się nie przyjęło. W sumie trochę patrzyłam z zazdrością na inne uczelnie i kierunki, na których takie integracje miały miejsce, ale widocznie taka była nasza specyfika, co było nie do przeskoczenia. O ile udało nam się zorganizować fajne wyjście po obronach z ludźmi z mojego seminarium, to planowane wyjście na piwo z ludźmi z roku nie doszło do skutku. Oczywiście spotkałam garstkę perełek, z którymi nadal mam kontakt i jestem wdzięczna losowi, że pojawili się na mojej drodze. Z resztą osób natomiast jakikolwiek kontakt umarł śmiercią naturalną. Zdarza się.

Uczelnia

Wydział jaki jest każdy widzi. Zajęcia odbywały się w budynku, który kiedyś służył jako jednostka wojskowa. Tak było przez pierwsze półtora roku. Pamiętam jakieś pojedyncze migawki z tamtego czasu. Kolejka do ksera w piwnicy. Szatnia i okrągłe numerki. Pamiętam swoje pierwsze zajęcia, to była gramatyka praktyczna. Nikogo nie znałam, siedziałam w ławce i byłam przerażona, że nic nie umiem i jak mało rozumiem. Powiedziałam o tym koleżance z ławki, która była przestraszona tak samo jak ja. Przesiedziałyśmy razem kolejne pięć lat. Miałam blisko do domu, na okienka zachodziłam na herbatę. Potem Norwegia, przeprowadzka, a razem ze mną przeprowadził się i wydział na czas remontu. Znowu miałam blisko, ale budynek był jeszcze mniej ciekawy, małe zimne sale, wąskie ciemne korytarze. Tak minął rok trzeci i czwarty oraz połowa piątego.  Na ostatnie pół roku studiów dane nam było wrócić na stary-nowy wydział, który został odremontowany. Budynek faktycznie ładny, nowe ławki, sale pachnące świeżością, jasne korytarze, wszystko zadbane, nowe, czyste.

Wykładowcy

W ciągu pięciu lat nauki przez moje sale lekcyjne przewinęło się wielu wykładowców. Lepsi, gorsi, ciekawsi, nudniejsi. Byli tacy, którzy sprawiali wrażenie, że są tu za karę, sztucznie przedłużali zajęcia na które nie mieli pomysłu i zadawali absurdalne zadania, żeby tylko czymś zająć studentów. Jak dla mnie ludzie, którzy minęli się z powołaniem i nie mają pomysłu na siebie. Byli też tacy, którzy bardziej obowiązkowo podchodzili do swojej pracy. Robili co należy, faktycznie przygotowywali się do prowadzonych przez siebie zajęć i całość przebiegała bezboleśnie. Jest i trzecia grupa, moja ulubiona. Grupa, a może i grupka ludzi, którzy jakimś cudem ostali się nienaruszeni w tym chorym uczelnianym systemie. Ludzie, którzy jeszcze się nie wypalili zawodowo i w których ciągle płonie pasja do tego co robią. Ostatnia grupa to wykładowcy-pasjonaci, którzy przejawiają żywe zainteresowanie materiałem własnych zajęć. Są to ludzie, o których wiem, że żyją tymi tematami po godzinach. To nie są osoby, które naprędce przygotowały kserówki do rozdania studentom i zajęcia ich czymś na kolejne półtorej godziny. Ich wiedza dojrzewała podlewana żarem pasji i fascynacji, poszukiwania i dążenia. Nie będę wymieniać nikogo z nazwiska, jednak jeśli ktoś studiował ze mną, może odgadnąć o które osoby chodzi. Teraz, dzisiaj, kiedy mój dyplom kurzy się na dnie szafy, ciągle ciepło wspominam kilka jasnych umysłów, które obudziły we mnie pasję i dały nowe spojrzenie na wiele spraw. Chciałabym jeszcze kiedyś mieć okazję zamienić z nimi parę zdań.


FAKTY I MITY

1. Złe panie z dziekanatu
Na temat pań pracujących w dziekanacie krążą różne historie, jednak jeśli zebrać je w całość, wspólnym mianownikiem będzie topos złośliwej kobiety, która oprócz tego że pluje jadem, nie pozwala załatwić wielu spraw. Z tego miejsca chciałabym zdementować plotki - w ciągu moich studiów przez dziekanat przewinęły się trzy różne panie, zazwyczaj miłe, pomocne, uczynne, do rany przyłóż. Nic z typowych dziekanatowych opowieści. Jedyne co w dziekanacie mi się nie podobało to kolejki po drobne formalności, natomiast w moim przypadku pracownicy dokładali wszelkich starań, żeby studenta obsłużyć w należyty sposób.

2. Promotor
Widziałam masę memów na temat na wpół legendarnej postaci promotora, z którą rzekomo trudniej skontaktować się aniżeli z samym papieżem. Promotor w internecie przybrał formę sądu ostatecznego, przed którym drżą nawet najbardziej nieustraszeni studenci. W moim przypadku i ta historia nie znajduje potwierdzenia, ba, było wręcz przeciwnie. Moja promotorka stała za swoimi seminarzystami murem, przesuwała deadliny bardziej niż by wypadało, dała pełną swobodę przy wyborze tematu i pisaniu pracy, sprawdzała sumiennie nasze niekiedy beznadziejne wypociny, a przede wszystkim służyła nieocenioną pomocą oraz wsparciem. Powiem tylko, best promotor ever.

3. Sesja
Samo brzmienie tego słowa pewnie przyprawia niejedną osobę o dreszcze. Sesja, a więc czas semestralnych egzaminów i zaliczeń, nawał nauki, zakuwanie ogromnych ilości materiału, nieprzespane noce i inne nieszczęścia. W moim przypadku również obraz sesji był zgoła odmienny. W semestrze zimowym zwykłam mieć jeden egzamin, góra dwa, z przedmiotów które akurat kończyły się po pierwszym półroczu. Takim oto sposobem miałam ferie trwające miesiąc (2 tygodnie bez zajęć przeznaczone na sesję egzaminacyjną, tydzień sesji poprawkowej oraz tydzień przerwy zimowej), bez większego nakładu pracy. W semestrze letnim zwykle większość przedmiotów kończyła się zaliczeniem z oceną, więc wystarczyło napisać jakiś test podsumowujący lub zbierać oceny przez cały semestr. Egzaminem kończyły się znowu może dwa przedmioty, więc sesja letnia nie była szczególnie trudna. Tak też kolejna studencka rzecz w jakimś trafem przeszła niejako obok mnie.

Co było złe?

  • Wykładowcy manifestujący swoje poglądy. Wielu robiło to zupełnie otwarcie. Zdawałoby się, że przyszłam się uczyć, jednak kwestie moralne, etyczne i polityczne przewijały się nad wyraz często. Rozumiem, że uniwersytet jest miejscem otwartych dyskusji bez tematów tabu, jednak wertowanie ustaw tego czy innego rządu, kwestii aborcji czy gender w pewnym momencie stało się przedmiotem żartów, a ja sama wyłączałam się z zajęć gdy tylko pojawił się jeden z tych nieustannie wałkowanych tematów. Odniosłam też wrażenie, że wykładowcy mimo szyldu "zapraszamy do dyskusji i przemyśleń" piętnowali poglądy różne od swoich. To nie powinno było mieć miejsca. Sorry not sorry.
  • Formalności. Papierologia to kula u nogi. Podczas gdy inne uczelnie operowały indeksem elektronicznym, my musieliśmy zbierać wpisy do papierowego indeksu. Niby nic wielkiego, ale kiedy zdaje się kilka rzeczy na raz, albo w innym terminie niż inna część grupy, albo kiedy wykładowca zza granicy zapomni się podpisać lub pomyli rubryki, okazuje się, że skompletowanie wpisów jest trudniejsze niż uzyskanie pozytywnej oceny z większości przedmiotów. 
  • Dezinformacja. Mój wydział do ogarniętych nie należał. Nikt nic nie wie. Czy zajęcia się odbędą? Czy będzie wolna sala na egzamin? Czy będą godziny dziekańskie? O wielu rzeczach dowiadywaliśmy się na ostatnią chwilę. Plan zajęć przez pierwsze tygodnie zmieniał się niemalże codziennie. O wolnym dniu dowiadywaliśmy się wieczorem dnia poprzedniego. Materiały na poranne zajęcia ktoś wrzucił dopiero w nocy. Brak sprzętu. Jest sprzęt, ale nie działa. Działa, tylko nie podłączony. Nie ma głośników. Nie ma pilota to rzutnika, wejdź na ławkę, włącz kijem od szczotki. Uczelnialny internet? Zapomnij. Ogólny chaos sprawiał, że funkcjonowanie drobnych i pozornie nieskomplikowanych rzeczy było nie do przeskoczenia. 

Co było dobre?

  • Przywileje. Zdecydowanie mój numer jeden. Okazuje się, że status studenta daje szereg możliwości, zniżek i upustów, jeśli tylko pokażemy zieloną legitymację. Komunikacja miejska za pół ceny, pociągi za pół ceny, to chyba kluczowe dobrodziejstwa. Oprócz tego promocje w pubach tylko dla studentów, wejścia do klubów za free po okazaniu legitymacji, wiele europejskich muzeów dla studentów oferuje zniżki lub w ogóle darmowy wstęp, rabat na jedzenie w galeriach handlowych i tak dalej. Powiedziałabym, że to najbardziej odczuwalna z rzeczy, przynajmniej dla naszego portfela.
  • Luz. Nie w każdym przypadku tak oczywiście jest, ale dla mnie okres studiów był niejako przedłużeniem dzieciństwa. Studiując dziennie nie mogłam sobie pozwolić na pracę na pełen etat, a co za tym idzie, również nie utrzymywałam się sama. To akurat nie do końca sobie chwalę, jednak z racji studiów nikt nie wywierał na mnie presji, że powinnam iść do pracy, płacić rachunki itd. O ile o niezależności finansowej nie może być mowy, o tyle martwienie się "dorosłym" życiem zostało nieco odsunięte w czasie. 
  • Rozwój. Przedmioty były lepsze lub gorsze, jednak z większości sporo wyniosłam. Studia poszerzyły moje horyzonty myślowe o tematy, po które nigdy wcześniej z własnej woli ani bym myślała sięgnąć. Czasem trzeba było wyjść poza strefę komfortu i wyrobić sobie zdanie na tematy, które normalnie bym po prostu zignorowała. Oprócz tego, że rozwinęłam swoje zdolności językowe, to poznałam kawałek dobrej literatury. Jak słusznie zauważyła jedna z moich wykładowczyń - "Proszę państwa, rozmawiajmy. To wasza ostatnia okazja żeby tutaj siedzieć i dyskutować o literaturze. Skończycie studia, pozakładacie rodziny i już nie wrócicie do takich rozważań". Jakoś tak. Może nie słowo w słowo, ale taki był sens. Wyobraź sobie tylko, nie ma korpo w poniedziałkowy poranek, nie ma rachunku za ogrzewanie, nie ma marudnej sąsiadki z dołu, nie ma kolejki w supermarkecie, ani nawet korków w godzinach szczytu. Jesteś tylko Ty i słowo, zupełnie tak jak było na początku. Dla takich chwil myślę, że było warto. 

Było warto, ale cieszę się, że mam to za sobą. Z tą wiedzą, którą mam dzisiaj, raczej na studia już bym nie wróciła. Na szczęście życie po studiach jest nie mniej fascynujące! :)




Tuesday, 3 May 2016

Stambuł

Spotkałam się z różnymi reakcjami na wieść o planowaniu wyjazdu do Turcji. Oprócz grupy entuzjastów egzotycznych przygód i osób pozytywnie nastawionych do całego przedsięwzięcia, znalazło się też paru sceptyków, którzy uznali że zwariowałam, bo przecież tam jest niebezpiecznie i tak dalej. W każdym razie ta wiadomość nie pozostała bez echa i wzbudziła trochę emocji ;)
Nie wiem kiedy i czy w ogóle zdecydowałabym się na podróż do Stambułu, gdyby nie fakt, że Agata, z którą już parę wojaży mam na koncie, trafiła na Erasmusa na Uniwersytet Bosforski. Postanowiłam wykorzystać tę okazję, zrobić sobie mały urlop i wpaść w odwiedziny. Myślę, że sprawdzona osoba na miejscu znacznie ułatwia decyzję o podróży za granicę.

Co do formalności, do wyjazdu potrzebny jest paszport (ważny min. 3 miesiące) i wiza, którą można wykupić przez Internet za około 20$. Na lotnisko Ataturka w Stambule można dolecieć z Berlina Tegel kilkoma liniami lotniczymi. Ja wybrałam Onur Air - stosunkowo tanie tureckie linie, w cenie biletu oferują dodatkowy 20 kilogramowy bagaż, co jest całkiem wygodne. Lot trwa niecałe 3 godziny, a z lotniska do centrum miasta odjeżdża metro. Opłaca się posługiwać się tamtejszą walutą. Oczywiście euro czy dolary też są akceptowalne, ale w przeliczeniu 1€ = 1USD = 1 TL, gdzie lira turecka to około 1,30 zł, podczas gdy dolar to niespełna 4 zł, euro - ponad 4.

Z poprzednich wpisów można wywnioskować, że jestem dosyć aktywnym turystą i teraz nie było inaczej. Jestem jedną z tych osób, które wstają rano, biorą w jedną łapkę aparat, w drugą mapkę i znikają na resztę dnia. Tym razem jednak było znacznie prościej - miałam ze sobą przewodnika, fotografa, tłumacza i informację turystyczną w jednym. Co tu dużo mówić - Agata rzuciła naukę w kąt i przez parę dni pokazywała mi co najpiękniejszego Stambuł ma do zaoferowania. 

Zapraszam do obejrzenia, a przekonacie się czym mowa :)


Poranny spacer w okolicy południowego kampusu Uniwersytetu Bosforskiego.

Pierwszy dzień zaczęłyśmy od klasyki gatunku, mojego numeru 1 na liście 'must see'.
Na dobry początek Hagia Sophia.


Kościół Mądrości Bożej z VI wieku. Niespełna tysiąc lat później przekształcony w meczet, który finalnie stał się muzeum. Nie chcę się rozpisywać ani rzucać datami, nie mniej zachęcam do zapoznania się z historią tego miejsca. Dla mnie Hagia Sophia to ciągle aktualny relikt przeszłości, który nie przestaje fascynować i zadziwiać.


Maryja z Dzieciątkiem pomiędzy medalionami z imionami islamskich proroków. 

Opowiadając, nie ograniczam się zbytnio ze zdjęciami - większość rzeczy znacznie łatwiej pokazać niż opisać. Pomijam, że nie potrafię wybrać tylko kilku, bo każde odzwierciedla w moim mniemaniu jakąś historię, jakiś moment, wspomnienie, które wydaje się bezcenne. Tak też wcale nie jest mi przykro, że fotografie zajmują większość tego posta. Głęboki wdech i chwila cierpliwości, jeśli akurat któreś nie chce się załadować ;)


Tymczasem opuszczamy Hagię Sophię i przenosimy się do pobliskiego Błękitnego Meczetu. 
Błękitny Meczet jest jednym z najlepszych przykładów okresu klasycznego w sztuce islamskiej.



W meczecie należy mieć zakryte ramiona i kolana, w przypadku kobiet również głowę i włosy. Przed wejściem trzeba zdjąć buty, można również na czas pobytu pożyczyć chustę i spódnicę. Po kilku godzinach zwiedzania nie ma nic przyjemniejszego niż zdjęcie butów i pospacerowanie po mięciutkim dywanie cichego i spokojnego meczetu. Kobiety i mężczyźni modlą się osobno. Zaskoczyło mnie jedynie, że "dział" dla mężczyzn to ponad połowa meczetu z przodu, następnie mamy przejście, szafki na buty i... 


Kobiety modlą się na szarym końcu, za szafkami na buty.



Obelisk Teodozjusza to najstarszy zabytek w Stambule - datowany na XV wiek p.n.e.
Cesarz Konstantynopola - Teodozjusz przywiózł go we świątyni Amona w Egipcie. 
To się nazywa pamiątka w podróży!


Następnie udajemy się do Cysterny Bazyliki, znanej też jako Pałac Jerebatan. Jest to cysterna znajdująca się pod miastem, która miała zaopatrywać Stambuł w wodę, na wypadek wojny, zatrucia lub odcięcia wody w akweduktach. Obecnie ten zbiornik wodny jest jedną z atrakcji turystycznych. Cysterna jest skąpana w półmroku, rozświetlona jedynie nikłymi światłami u podnóża każdej kolumny. Wszędzie rozbrzmiewa nastrojowa melodia grana na flecie, zwiedzający poruszają się po kładkach, pod którymi pływają ryby. Na końcu pomieszczenia znajdują się dwie kolumny z płaskorzeźbami meduz, Na temat mitycznej istoty krąży sporo opowieści, ale jedyne czego można być pewnym, to ich rzymskie pochodzenie.


Kolejnym punktem naszej podróży był Gülhane Park - park miejski znajdujący się w sąsiedztwie Pałacu Topkapı. Miejsce przypomina ogromny ogród, w którym oprócz zauważalnej orgii kolorów, w powietrzu czuć przeplatające się zapachy tysięcy kwiatów.


Muzeum Historii Nauki i Technologii Islamskiej





Może czas na małe zakupy i Wielki Bazar? 


Przewodniki turystyczne podają, że na Kryty Bazar składa się około 3500 sklepów. Faktycznie targowisko zdaje się nie mieć końca, a za ciągnącymi się stoiskami z pamiątkami, biżuterią, fajkami wodnymi, ozdobami itd. nie sposób nadążyć. Szybko jednak okazało się, że bazar nie jest miejscem dla mnie. Przed niemalże każdym ze sklepików stoją sprzedawcy i jeden przez drugiego nawołują do zapoznania się z jego asortymentem. Wychodzą, zaczepiają, pokazują, opowiadają, zapraszają i już są gotowi się targować, nawet jeśli tylko rzuci się przelotnie okiem na witrynę sklepową. To co ich zdaniem jest żywą reklamą, dla mnie stało się główną przyczyną omijania ulicznych bazarów. Nawet jeśli byłam czymś potencjalnie zainteresowana, wolałam to kupić w innym miejscu, gdzie swoją obecnością nie wzbudzam zbytniej sensacji, a sprzedawcy nie starają się sprzedać czegoś za wszelką cenę. Pewnie w ich oczach muszę być niewdzięcznym turystą, na modłę zachodnią nastawionym na supermarkety. ;)


Tymczasem przenosimy się do kolejnego miejsca - tym razem jest to Meczet Sulejmana Wspaniałego.



Za tymi kratami mieści się mauzoleum, w którym znajdują się groby Sulejmana Wspaniałego i Hürrem.




Wnętrze meczetu




Tak minął pierwszy dzień mojego zwiedzania. Do tej pory jestem zdziwiona ile miejsc udało nam się odwiedzić w ciągu jednego dnia. Dalej będzie nieco mniej intensywnie, ale na pewno nie mniej interesująco ;)

Kolejny dzień zaczęłyśmy od małej wycieczki po Uniwersytecie Bosforskim. Jak już wspomniałam, tutaj studiuje Agata podczas wymiany. Jest to uczelnia założona przez Amerykanów, a także pierwszy amerykański uniwersytet poza Stanami Zjednoczonymi. Wszystkie kierunki są tutaj wykładane w języku angielskim, a studenci pochodzą z różnych zakątków świata. Boğaziçi University uchodzi również za jedną z najbardziej prestiżowych uczelni w Turcji. Jeśli chcecie dowiedzieć się czegoś więcej, można zajrzeć bezpośrednio na ich stronę.


Droga do południowego kampusu (w sumie jest ich sześć) prowadzi przez park, odgrodzony murami od reszty miasta. Przy wejściu należy okazać legitymację lub zostawić dowód osobisty, jeśli jest się gościem spoza uczelni. Na pierwszy rzut oka uczelnię mogłabym umiejscowić w jakimś z amerykańskich filmów - ogromny trawnik na którym siedzą grupki studentów, kilka osób gra w piłkę, ławeczki, stoliki i kawiarenka na powietrzu, ogólnodostępne boisko, piękny widok na Bosfor, przedszkole dla dzieci pracowników uczelni, mury oplecione winoroślą i mnóstwo wylegujących się kotów. Jakże jest to odległy widok od mojego wydziału przeniesionego do przeciętnego budynku zastępczego!

Dosyć biadolenia, idziemy nad Bosfor!



Oczywiście nie mogło zabraknąć mojego małego, wielkiego towarzysza podróży - Joe'a, :)


Wypatrzyłyśmy meduzę!


A także udziergane poszewki na drzewo :)

Do tej pory poruszałyśmy się metrem, jednak kolejny fragment trasy należało pokonać autobusem. Wyobraźcie sobie moje zdziwienie, kiedy dotarłyśmy na przystanek, a tam nic oprócz jego nazwy. Brak informacji jakie linie i w jakim kierunku kursują, zapomnijcie też, że będą podane jakiekolwiek godziny odjazdów. Dla mnie sytuacja dosyć dziwna - skąd ludzie wiedzą co, kiedy i gdzie jeździ? Kiedy byłam już dosyć zrezygnowana, usłyszałam jak Agata nawija po turecku do jakiegoś dziadeczka, który poinformował ją dokąd stąd można dojechać. I faktycznie, autobus się pojawił, sytuacja opanowana. Nie mniej jednak zastanawia mnie funkcjonowanie komunikacji miejskiej. Co ciekawe - jeśli akurat jest się w połowie drogi na przystanek, kierowca autobusu potrafi zatrzymać się i wpuszczać ludzi po drodze. W sumie i tak większość trasy stoi się w korku. 


Ogrodzenie pomiędzy meczetem a Bosforem


Kolejna dzielnica bazarowa i takie znalezisko ;)


W Stambule zwiedziłam kilka miejsc, które mnie zachwyciły i pochłonęły bez reszty. Jednym z takich zabytków jest na pewno Pałac Dolmabahçe - centrum administracyjne imperium osmańskiego z XIX wieku.


Wejście prowadzi przez Bramę Sułtana.


Brama Skarbu


Fontanna w ogrodzie


Pałac.
Wewnątrz Pałacu ani Haremu nie można robić zdjęć, dlatego kunsztowne, bogate wnętrza imperium osmańskiego pozostawiam Waszej wyobraźni. Powiem tylko że pokoje i gabinety wydają się nie mieć końca, a kiedy myślimy, że już widzieliśmy najbardziej gustowne pomieszczenia, trafiamy do kolejnych zakamarków, które zadziwiają przepychem, zróżnicowaniem stylów oraz wyposażeniem z różnych stron świata. Zwiedzać nie można samemu, ale co kilkanaście minut są organizowane wycieczki po angielsku lub turecku z przewodnikiem, więc wystarczy stawić się na czas i można dołączyć do grupy.


Brama wychodząca do Bosforu

Następnie pojechałyśmy na Taksim - plac będący jedną z atrakcji turystycznych, w którym znajduje się "serce nowoczesnego Stambułu" - restauracje, puby, sklepy i hotele.


Pomnik Republiki, który upamiętnia 5. rocznicę ustanowienia Republiki Turcji




Znajduje się tu również kościół katolicki. Raz w tygodniu są również sprawowane msze w języku polskim.


Parkowanie lvl: master. Pierwszego dnia dowiedziałam się, że przepisy drogowe są opcjonalne, światła nieobowiązkowe, a jazda pod prąd nie jest niczym niezwykłym. Poruszając się po ulicy należy się kierować instynktem przetrwania, bo inaczej biada. A ja narzekam jak ludzie w Polsce jeżdżą ;)


Wieża Galata wieczorem

Centrum miasta i dzielnice turystyczne są przepiękne i niesamowicie zadbane, ale jeśli zastanawiacie się czy miałam okazję poznać inne oblicze miasta niż te znane z przewodników, to raczej Was nie zawiodę. Adam Mickiewicz koniec życia spędził w Stambule właśnie i tu też znajduje się muzeum poświęcone jego twórczości, które postanowiłyśmy odnaleźć mimo dość późnego popołudnia. Muszę przyznać, że mina nieco mi zrzedła, kiedy GPS poprowadził nas w takie oto rejony...



Obskurne wąskie uliczki, po których biegały zabiedzone dzieci, raczej nie wróżyły nic dobrego. Co tu dużo mówić, dwie turystki wzbudziły niezłą sensację - dzieci przybiegały prosząc o słodycze, jakaś kobieta rzuciła się na mnie z rękami, prawdopodobnie próbując wyrwać mi aparat. Komentarzy ludzi nawet nie słuchałam, próbując jak najszybciej wydostać się na powierzchnię kolorowego zadbanego miasta z ciemnego labiryntu slumsów. Nie zamierzam tego obrazu ani zbytnio nagłaśniać, ani też ukrywać - uważam, że w różnym stopniu, ale biedniejsze, zaniedbane dzielnice imigranckie można znaleźć w niemalże każdym większym mieście i nie jest to nic niespotykanego. Nie żałuję że tu trafiłam - to doświadczenie dało mi pełniejszy obraz miasta i pozwoliło spojrzeć na życie ludzi, którzy stanowią niewygodny margines, który społeczeństwo próbuje zamieść pod (turecki) dywan. Nie mniej jednak dzielnica Tarlabaşı, bo o niej mowa uchodzi za dosyć niebezpieczną, więc jeśli wybieracie się do Stambułu - może lepiej nie idźcie w moje ślady. 


To była dygresja, a teraz wracamy do naszego narodowego wieszcza, którego muzeum znajduje się na ulicy Słodkich Migdałów (tur. Tatli Badem) w Tarlabasi, parę minut drogi w dół od placu na Taksim. Muzeum otwarto w setną rocznicę śmierci Mickiewicza i tutaj też znajdowało się miejsce jego tymczasowego pochówku, zanim przeniesiono jego zwłoki do Krakowa.

Następny dzień był wolny od zwiedzania - moja przewodniczka miała zajęcia, a ja na własną rękę nie chciałam ryzykować zgubieniem się. Bez mapy i ze znajomością tureckiego ograniczającą się do słów döner kebab, postanowiłam spędzić kilka godzin w galeriach handlowych.



Na ostatni dzień mojego pobytu złożyły się wizyta w Pałacu i Haremie Topkapı, a także mały rejs do Azji Mniejszej. Ostatniego dnia też nieco popsuła się pogoda (aż do piątku całymi dniami prażyło słońce), stąd też nieco inne oświetlenie.


Brama Pozdrowień Pałacu Topkapı
Ciekawostką jest, że przez tę bramę mogły przejeżdżać konno tylko dwie osoby - sułtan oraz najważniejsza osoba w haremie - matka sułtana. 



Dziedziniec









Harem Topkapı

Następny przystanek: Azja.




Dworzec Kolejowy w Kadıköy

Kadıköy to jedna z azjatyckich dzielnic Stambułu. Porównałabym ją do londyńskiego Camden Town - to miejsce cieszy się popularnością wśród młodzieży, multikulturalnych i alternatywnych środowisk. W tej części miasta królują kolorowe lokale i gadżeciarskie sklepiki. 



Loki!


Napis ben çöp değilim na rozwieszonych koszulkach znaczący nie jestem śmieciem.


Zatłoczone ulice  Kadıköy


Wieczorny powrót do europejskiej części Stambułu. Muszę przyznać, że mam słabość do widoku minaretów zarysowanych na linii horyzontu czy to skrzętnie wkomponowanych w pejzaż miasta. Piętrzące się wieżyczki meczetów już z daleka zapowiadają niezwykły i intrygujący klimat orientalnego miasta. 

Zbliżamy się ku końcowi, może czas na coś do jedzenia?

Ceny jedzenia są porównywalne z tymi w Polsce, więc stołowanie się na mieście nie stanowiło zbyt dużego wydatku. Codziennie królowały inne specjały - zacznijmy od śniadania. 


Tureckie śniadanie dla dwojga. Obowiązkowym dodatkiem do każdego posiłku jest turecka herbata - czarna, mocna, z nutą goryczy. Podawana w tulipankach - charakterystycznych małych szklaneczkach. Podobno tutaj niezbyt popularne jest robienie kanapek, a zamiast tego na zmianę gryzie się np. chleb i ser. Zasmakowały mi szczególnie pişi - tak jakby pączki bez nadzienia lub po prostu smażone bułki.  

Jak Turcja to oczywiście czas na kebaba! 


W takiej formie jeszcze nie spotkałam kebaba w Polsce. Mięso z kurczaka pokrojone z bułką. Warzyw prawie wcale, a do tego gęsty jogurt naturalny. To co u nas sprzedawane jest jako "oryginalny turecki kebab" nie ma za dużo wspólnego z tym co jadłam w Stambule. 


Mamy rollo, z tym że w środku znajduje się jedynie mięso. Trzeba przyznać, że Turcy przyrządzający kebaby w Polsce przystosowali swoje wyroby do naszych oczekiwań - pewnie stąd mamy dużo warzyw i kilka sosów do wyboru. Myślę, że samo mięso w bułce nie cieszyłoby się aż takim powodzeniem. PS. Jak ktoś nie chce herbaty, zawsze można popić ayranem! 


Kebab w bułce, tym razem z frytkami. Znowu bez warzyw i bez sosu, ale w lokalu można dodać ketchupu czy sos bbq. Tym razem mięso wołowe, zupełnie inne doświadczenie smakowe niż z drobiem. 


Penne z kurczakiem i warzywami - bardzo dobry posiłek za nieduże pieniądze. Jedyny problem był taki, że w lokalu nikt nie mówił po angielsku i musiałam się nieźle nagimnastykować zanim udało się ustalić co chcę zamówić ;)


Köfte, czyli kotleciki z mięsa mielonego, marchewka w śmietanie, zupa pomidorowa i makaron, do tego tradycyjnie bułka - pieczywo musi być, gdzie tylko się da! To kolacja w stołówce uniwersyteckiej (na uczelni można zjeść śniadanie, obiad i kolację!) również za studenckie pieniądze, a przy tym lepsze niż w niejednej przydrożnej knajpie.

Parę wniosków na koniec. Wiele osób martwiło się o bezpieczeństwo, jednak pod tym względem zostałam pozytywnie zaskoczona - przed każdym wejściem do muzeum czy do galerii handlowej trzeba przejść przez bramki (jak na lotnisku) a do tego położyć swoje rzeczy np. plecak, na taśmę, gdzie zostaje prześwietlona zawartość. Jeśli się schodzi do metra, ochroniarz czujnikiem sprawdza czy nie ma się przy sobie materiałów wybuchowych itp. Liczne kontrole nie wydały mi się dziwne - jakiś tydzień przed moim wyjazdem ktoś się wysadził w centrum miasta. Jak dla mnie jest to zupełnie uzasadnione, że władze dbają o bezpieczeństwo jak tylko się da. Zdziwiło mnie, że stosunkowo niewiele osób zna angielski, więc po prostu w większości przypadków działałam instynktownie lub polegałam na Agacie, która już całkiem nieźle dogaduje się po turecku. Dzięki temu, że zdecydowałam się polecieć na początku kwietnia, a więc jeszcze przed sezonem, większość atrakcji turystycznych była w miarę pusta, tak też mogłam spokojnie zwiedzać, podziwiać i robić zdjęcia, bez konieczności przepychania się między tłumem turystów. Oczywiście, że nie opisałam tutaj wszystkiego, co było dane mi zobaczyć, ale nie o to chodzi. Myślę, że w paru(nastu) punktach udało mi się zawrzeć to co najpiękniejsze Stambuł ma do zaoferowania. Mówi się, że podróże poszerzają horyzonty - ciężko się nie zgodzić. Historię Turcji, tudzież Imperium Osmańskiego znałam dosyć przelotnie z licealnych podręczników do historii, jednak jest to niczym wobec zobaczenia tych miejsc na własne oczy, poznania osiągnięć i zdobyczy kulturowych tego narodu. W Stambule podoba mi się, że to miasto ma swój własny, niepowtarzalny charakter. Obecnie wiele europejskich miast sprawia wrażenie zlanych w jedną całość, nijakich, szablonowych. Być może to dlatego, że Stambuł nie jest jedną z zachodnich metropolii. A może burzliwa, wielowiekowa historia czyni to miasto niezwykłym?

Tego powiedzieć nie mogę. Ale zachęcam do podróżowania i poszukiwania tej i innych odpowiedzi na własną rękę. 

M.

_________
Stąd wielkie podziękowania dla Agaty, bez której udziału ta podróż nie miałaby miejsca.